Czy współczesne targi książki jeszcze inspirują czy raczej męczą?
Poznańskie Targi Książki odwiedzam z nadzieją. Każdy czytelnik zna to uczucie: wchodzisz do ogromnej hali pełnej książek i myślisz, że zaraz znajdziesz historię, która pochłonie cię na kilka wieczorów, może nawet na kilka dni. Niestety, tym razem wyszedłem z poczuciem pewnego rozczarowania.
Nie chodzi o brak autorów czy stoisk – tych jest wiele. Chodzi raczej o atmosferę i o to, co dziś coraz częściej proponuje współczesna literatura.
Jedną z głośniejszych postaci targów jest Rafał Wicijowski. Trzeba przyznać jedno: pisze szczerze. I być może właśnie ta szczerość jest największą wartością jego literatury. Problem w tym, że szczerość nie zawsze oznacza literaturę, do której chce się wracać. Czasami odnosi się wrażenie, że zamiast opowieści dostajemy emocjonalny ciężar, który bardziej przytłacza niż inspiruje.
A przecież wielu czytelników – w tym ja – siada do książki z zupełnie inną intencją.
Nie po to otwieram powieść, żeby wpaść w nastrój depresyjny.
Kiedy czytam, szukam czegoś więcej niż tylko realistycznego zapisu chaosu świata. Szukam historii.
Co ciekawe, coraz częściej znajduję je nie na targach książki, ale w ebookach. W przestrzeni cyfrowej pojawia się ogromna liczba powieści, które pokazują różne środowiska, różne style życia, różne perspektywy. Często są bardziej odważne narracyjnie, a jednocześnie bardziej skupione na samej opowieści.
Jedna z najlepszych rad dotyczących pisania powieści pochodzi od Stephena Kinga. W swojej prostej, warsztatowej filozofii mówi on coś niezwykle ważnego: dobra historia potrzebuje przynajmniej jednego bohatera pozytywnego i przynajmniej jednego negatywnego.
Brzmi banalnie, ale właśnie w tej prostocie kryje się sekret dobrej opowieści.
Czytelnik potrzebuje punktu odniesienia. Potrzebuje kogoś, komu może kibicować. Potrzebuje konfliktu. Potrzebuje napięcia.
Jeśli wszyscy bohaterowie są równie zagubieni, cyniczni i zmęczeni światem, historia przestaje mieć dynamikę. Staje się zapisem frustracji, a nie opowieścią.
Podobnie jest z językiem.
Wulgaryzmy w literaturze nie są niczym nowym. Czasami mają sens, gdy oddają charakter postaci lub realia środowiska. Jednak kiedy słowa w rodzaju „g…”, „o ku…”, czy podobne pojawiają się co kilka zdań, zaczynają brzmieć jak skrót myślowy zamiast literackiego narzędzia. Może to działać na nastolatków szukających buntu w literaturze, ale dla wielu czytelników jest po prostu męczące.
Dobra powieść nie potrzebuje krzyczeć.
Dobra powieść wciąga.
Dla mnie osobiście idealna historia powinna zawierać pięć rzeczy.
Po pierwsze: wartościowego bohatera.
Nie musi być idealny. Może popełniać błędy, może się wahać, może się mylić. Ale powinien mieć w sobie coś, co sprawia, że chcemy iść z nim przez kolejne strony.
Po drugie: wartką akcję.
Historia musi się toczyć. Nie chodzi o ciągłe eksplozje czy sensacyjne sceny, ale o poczucie ruchu. Każdy rozdział powinien coś zmieniać.
Po trzecie: świetne dialogi.
Dobre dialogi są jak dobre sceny w filmie – żywe, naturalne i znaczące. Czasami jedno zdanie bohatera potrafi powiedzieć więcej niż strona opisu.
Po czwarte: zwroty akcji.
Czytelnik powinien być zaskakiwany. Nie tanią sensacją, ale inteligentnym twistem, który sprawia, że nagle wszystko zaczyna wyglądać inaczej.
I wreszcie po piąte: poczucie niedosytu na końcu książki.
Takie, jakie miałem po przeczytaniu powieści The Outsider autorstwa Stephen King.
To jedno z najpiękniejszych uczuć dla czytelnika: zamykasz książkę i myślisz – szkoda, że to już koniec.
Bo dobra powieść powinna robić właśnie to. Sprawić, że przez kilka godzin jesteśmy gdzieś indziej. W świecie bohaterów, ich wyborów, ich walki ze złem i własnymi słabościami.
Dlatego wciąż wierzę w literaturę.
Może nie zawsze znajdziemy ją na największych targach książki.
Może częściej odkryjemy ją w ebooku kupionym późnym wieczorem.
Ale kiedy trafimy na dobrą historię – wiemy to od pierwszych stron.

Komentarze
Prześlij komentarz