Książki kupione, książki przeczytane i książki udawane

 






Książki kupione, książki przeczytane i książki udawane

Czyli dlaczego rynek książki w Polsce potrzebuje mniej pozowania, a więcej prawdziwego czytania

Jest taka liczba, która powinna zaboleć każdego, kto choć trochę kocha książki: 41% Polaków powyżej 15. roku życia zadeklarowało przeczytanie co najmniej jednej książki w 2025 roku. To oznacza, że około 59% nie przeczytało ani jednej. Według danych Biblioteki Narodowej czytanie nadal częściej deklarują kobiety niż mężczyźni, a najnowszy wskaźnik czytelnictwa utrzymał się na poziomie z poprzedniego roku. (dziendobry.tvn.pl)

I tu zaczyna się problem, o którym w Polsce mówi się zbyt cicho.

Bo kiedy większość nie czyta książek, coś musi tę pustkę wypełnić. Wypełnia ją telewizja. Wypełnia ją radio. Wypełniają ją nagłówki, emocje, komentarze, formaty polityczne, szybkie opinie i gotowe poglądy. Jedni oglądają Republikę, inni TVN, ktoś słucha Radia Maryja, ktoś RMF albo Radia Zet. Nie chodzi o to, że radio czy telewizja są złem. Problem zaczyna się wtedy, gdy zastępują samodzielne myślenie, a książka znika z życia jako narzędzie pogłębienia.

Bo książka robi coś, czego nie zrobi pasek informacyjny w telewizji. Książka nie krzyczy. Książka nie przerywa ci co trzy minuty reklamą. Książka nie podsuwa ci gotowego wroga. Książka każe ci usiąść, wejść w cudzy świat, wytrzymać z myślą dłużej niż kilkanaście sekund.

I właśnie dlatego jest dziś tak niewygodna.

Byłem dumny, że jestem w pięciu procentach

W tamtym roku przeczytałem 104 książki. I tak, byłem z tego dumny. Nie udawałem skromności, bo nie ma w tym nic złego, że człowiek jest dumny z pracy, którą naprawdę wykonał. Jeśli ktoś przez rok przeczytał ponad sto książek, to znaczy, że zrezygnował z wielu godzin przewijania telefonu, kłótni w komentarzach i jałowego gapienia się w ekran.

Miałem poczucie, że należę do tej wąskiej grupy ludzi, którzy nie tylko kupują książki, nie tylko robią im zdjęcia, nie tylko ustawiają je kolorami na półce, ale naprawdę czytają. Do tych, którzy przekraczają symboliczne trzydzieści książek rocznie. Do tych, którzy mogą powiedzieć: książki nie są dekoracją mojego życia, książki są jego częścią.

A potem przyszła Patty Maj i jej „Kurtyna rynku książki”.

I trochę mi tę dumę popsuła.

Bo z jej książki i recenzenckiego komentarza wokół niej wyłania się bardzo niewygodna prawda: rynek książki nie zawsze nagradza czytanie. Często nagradza widoczność.

I właśnie tu zaczyna się najciekawsze pytanie:

czy my jeszcze czytamy książki, czy już tylko uczestniczymy w rynku książki?

Recenzje są potrzebne. Ale nie po to, żeby udawać czytelnika

Sam czytam recenzje na Pinesce. I uważam, że to ma sens. Recenzje są filtrem. Pomagają wybrać, po które książki warto sięgnąć. W czasach, gdy miesięcznie pojawiają się setki tytułów, nikt rozsądny nie jest w stanie przeczytać wszystkiego.

Dobry recenzent jest jak przewodnik po księgarni, który mówi: tu warto się zatrzymać, tam uważaj na marketing, a ta książka może cię zaskoczyć.

To właśnie recenzenci Pineski, obok pasjonatów literatury z grup facebookowych, współtworzą klimat miesięcznych rankingów magazynu BOK. I bardzo dobrze. Literatura potrzebuje rozmowy. Książki żyją dłużej, kiedy ktoś o nich pisze, dyskutuje, poleca, kłóci się o nie i tworzy wokół nich emocję.

Ale problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś czyta recenzje nie po to, żeby wybrać książkę do lektury, tylko po to, żeby sprawiać wrażenie osoby czytającej.

Kupuje dwanaście książek w Empiku, Bonito, Matrasie albo Taniej Książce. Układa je w estetyczny stos. Robi zdjęcie na Instagram. Do każdej mówi dwa zdania. Czasem nawet nie o treści, tylko o okładce, klimacie i „czuję, że to będzie mocna historia”. Potem przychodzi współpraca, kod rabatowy, lajki, zasięg.

I nagle książka przestaje być lekturą.

Staje się rekwizytem.

Bestseller nie zawsze znaczy: najczęściej czytany

To jest największe oszustwo, które rynek sprzedaje nam w białych rękawiczkach: bestseller wygląda jak książka najważniejsza, ale często jest po prostu książką najlepiej widoczną.

Nie chcę przez to powiedzieć, że popularni autorzy są źli. Remigiusz Mróz, Stephen King, Henryk Sienkiewicz, J.K. Rowling, Andrzej Sapkowski, Bolesław Prus, Katarzyna Bonda, Nicholas Sparks, George Orwell czy Adam Mickiewicz — to bardzo różne nazwiska, różne gatunki, różne powody popularności i różne poziomy literackiej obecności.

Według danych przywoływanych za raportem Biblioteki Narodowej wśród najpoczytniejszych autorów w Polsce w 2025 roku znaleźli się: Remigiusz Mróz, Stephen King, Henryk Sienkiewicz, J.K. Rowling, Andrzej Sapkowski, Bolesław Prus, Katarzyna Bonda, Nicholas Sparks, George Orwell i Adam Mickiewicz. (Rynek książki)

I właśnie ten ranking mówi więcej, niż się wydaje.

Bo kiedy obok siebie stoją Mróz, King, Sienkiewicz, Rowling, Sapkowski i Prus, widać wyraźnie, że Polacy czytają z kilku powodów naraz: dla rozrywki, z obowiązku szkolnego, z nostalgii, z mody, z polecenia algorytmu i z potrzeby ucieczki od codzienności.

Ale nadal trzeba pytać:

czy to są autorzy najczęściej czytani naprawdę, czy najczęściej kupowani, polecani, fotografowani i widoczni?

Bo widoczność w księgarni, na Instagramie i w rankingach nie zawsze oznacza głęboką lekturę.

Trzeba odróżnić dwie rzeczy:

książkę kupioną od książki przeczytanej.
książkę widoczną od książki wartościowej.
książkę modną od książki, która naprawdę zostaje w człowieku.

System lubi to, co już jest systemem. Lubi nazwiska, które już sprzedają. Lubi autorów, których można łatwo wyeksponować na froncie księgarni. Lubi książki, które pasują do algorytmu. Lubi tytuły, które dobrze wyglądają na Instagramie. I lubi odbiorców, którzy nie pytają za dużo, tylko kupują następny stos.

Dlatego coraz częściej mam wrażenie, że niektórzy pisarze nie są „najczęściej czytani”.

najczęściej kupowani, fotografowani, ustawiani na półkach i pokazywani w relacjach.

A to nie jest to samo.

Dziewczyna z książkami na Instagramie też jest częścią systemu

Nie oszukujmy się: rynek książki nie składa się już tylko z wydawcy, autora, księgarni i czytelnika. Dziś jego częścią jest także dziewczyna z książkami na Instagramie. Chłopak z TikToka. Profil z estetycznymi stosikami. Reels z trzema zdaniami o thrillerze. Zdjęcie kawy, koca i książki, której nikt jeszcze nie otworzył.

I to samo w sobie nie musi być złe.

Bookstagram potrafi robić świetną robotę. Potrafi przywrócić modę na czytanie. Potrafi wypromować autora spoza głównego nurtu. Potrafi sprawić, że ktoś po latach wróci do książek.

Ale bookstagram może też stać się częścią betonu.

Betonu, który utrwala te same nazwiska, te same tytuły, te same wydawnictwa, te same mechanizmy widoczności. Betonu, który sprawia, że książka niezależna, ambitna, dziwna, lokalna, katolicka, eseistyczna, społeczna albo napisana poza wielkim układem promocyjnym nie ma szans przebić się przez mur.

Bo ktoś już zdecydował, co ma być pokazane.

A czytelnik lubi wierzyć, że wybrał sam.

Książka jako towar i książka jako przeżycie

Największa różnica między prawdziwym czytelnikiem a konsumentem rynku książki polega na tym, że prawdziwy czytelnik nie potrzebuje ciągle udowadniać, że czyta.

On po prostu czyta.

Nie każda książka musi trafić na Instagram. Nie każda lektura musi być obfotografowana z kubkiem kawy. Nie każda opinia musi być natychmiast zamieniona w content.

Czasem książka ma zostać w ciszy. Czasem ma człowieka zmęczyć. Czasem ma go zawstydzić. Czasem ma go wkurzyć. Czasem ma sprawić, że przez trzy dni nie umie napisać recenzji, bo musi najpierw zrozumieć, co właściwie w nim poruszyła.

Tymczasem rynek lubi szybkość.

Szybko kup.
Szybko pokaż.
Szybko oceń.
Szybko zapomnij.
Szybko następna paczka.

I tak z literatury robi się taśmę produkcyjną.

Dlaczego warto czytać recenzje, ale jeszcze bardziej warto czytać książki

Recenzje są potrzebne, bo pomagają oddzielić marketing od literatury. Sam je czytam, żeby wiedzieć, po które książki warto sięgnąć. Dobre recenzje potrafią oszczędzić czas, otworzyć oczy, wskazać trop, którego sam bym nie zauważył.

Ale recenzja nie może zastąpić książki.

To tak, jakby ktoś przeczytał recenzję kolacji i uznał, że zjadł obiad.

Jakby obejrzał zdjęcie gór i powiedział, że odbył pielgrzymkę.

Jakby przeczytał opis miłości i uznał, że przeżył relację.

Nie.

Recenzja jest zaproszeniem.

Książka jest spotkaniem.

I właśnie dlatego warto odwiedzać miejsca, które pomagają wybierać dobre lektury, ale potem trzeba zrobić krok dalej: naprawdę czytać. W tym miejscu zachęcam też do odwiedzenia platformy czytelniczej Good Habits Bookshelf:

https://payhip.com/GoodHabitsBookshelf

To miejsce dla tych, którzy nie chcą tylko kupować książek pod zdjęcie, ale szukają treści, które naprawdę mogą coś w człowieku poruszyć.



Czytanie jako bunt przeciwko systemowi

Dziś czytanie jest buntem.

Nie dlatego, że książka jest modna. Wręcz przeciwnie. Czytanie jest buntem, bo wymaga czasu w świecie, który chce ci ten czas ukraść. Wymaga skupienia w świecie, który zarabia na twoim rozproszeniu. Wymaga samodzielności w świecie, który chce ci podać gotową opinię.

Człowiek, który czyta, jest trudniejszy do manipulowania.

Nie dlatego, że każda książka czyni go mądrym. Są książki słabe, płytkie, wtórne i napisane pod algorytm.

Ale regularne czytanie uczy jednej rzeczy, której panicznie boją się wszystkie systemy propagandy i marketingu:

wewnętrznej niezależności.

Czytelnik porównuje.
Czytelnik pamięta.
Czytelnik widzi schematy.
Czytelnik pyta: kto mi to pokazuje i dlaczego?
Czytelnik wie, że ranking sprzedaży nie jest rankingiem prawdy.

I dlatego prawdziwe czytanie jest czymś więcej niż hobby.

Jest formą wolności.

Mniej stosików, więcej lektury

Nie mam nic przeciwko pięknym zdjęciom książek. Sam lubię ładne okładki, rankingi, listy, zestawienia, polecenia i literackie emocje.

Ale jeśli mamy ratować kulturę czytania, musimy przestać mylić posiadanie książek z czytaniem książek.

Bo można mieć półkę pełną bestsellerów i pustą głowę.

Można mieć konto pełne bookstagramowych zdjęć i żadnej prawdziwej refleksji.

Można kupować dwanaście książek miesięcznie i nie spotkać się naprawdę z żadną z nich.

I można przeczytać jedną książkę w miesiącu tak uczciwie, że zmieni ona więcej niż trzydzieści modnych zakupów.

Dlatego moja propozycja jest prosta:

kupujmy mniej pod pokaz, czytajmy więcej naprawdę.

Słuchajmy recenzentów, ale nie zastępujmy nimi własnego myślenia.

Patrzmy na rankingi, ale pytajmy, kto je tworzy i co w nich jest niewidoczne.

Dawajmy szansę nie tylko tym autorom, których już wszyscy znają, ale także tym, którzy piszą poza reflektorem.

Bo literatura zaczyna się dopiero tam, gdzie kończy się udawanie.

Puenta dla czytelników

Jeśli w tym roku przeczytasz jedną książkę — jesteś już wśród tych 41%.

Jeśli przeczytasz trzydzieści — jesteś w bardzo wąskiej grupie ludzi, którzy naprawdę pracują z tekstem.

Jeśli przeczytasz sto — możesz być dumny.

Ale najważniejsze pytanie nie brzmi:

ile książek kupiłeś?

Nie brzmi nawet:

ile książek przeczytałeś?

Najważniejsze pytanie brzmi:

czy po tych książkach jesteś mniej podatny na cudzy hałas, a bardziej wierny własnemu myśleniu?

Bo książki nie są po to, żeby ładnie wyglądały na zdjęciu.

Są po to, żeby człowiek po ich przeczytaniu nie był już dokładnie taki sam jak przedtem.








Komentarze