Gdy recenzja przestaje być recenzją, a staje się reklamą za paczkę książek





Gdy recenzja przestaje być recenzją, a staje się reklamą za paczkę książek

Nie tak dawno przeczytałem na grupie Wieczór Literacki bardzo niepokojącą opinię: że niektóre bookstagramowiczki dostają od wydawnictw do recenzji książki bardzo słabe, czasem wręcz literacki chłam, a potem oczekuje się od nich zachwytów, ocen 9/10, 10/10 i pięknych zdjęć z kubkiem kawy, kocykiem oraz serduszkiem w opisie.

I tu pojawia się podstawowe pytanie: czy to jeszcze recenzja, czy już tylko darmowa reklama udająca opinię czytelniczki?

Niedawno na Instagramie natknąłem się też na wymianę zdań, która dobrze pokazuje problem. Wydawnictwo Prószyński informowało, że szuka recenzentek do konkretnych książek. Zamiast zwykłego zgłoszenia jedna dziewczyna zapytała, czy istnieje też taka forma współpracy, w której sama mogłaby wybrać książki do recenzji. Odpowiedzi — przynajmniej tam, gdzie to widziałem — nie było.

I właśnie ta cisza mówi bardzo dużo.

Bo uczciwa recenzja zaczyna się od wolności. Jeśli recenzentka nie może wybrać książki, jeśli musi brać to, co wydawnictwo akurat chce wypchnąć na rynek, jeśli wie, że zbyt szczera krytyka może zakończyć współpracę, to gdzie tu miejsce na niezależność?

Zobaczcie dla porównania serwis The Reading Mindset i wpis w stylu: 15 Summer Books You Won’t Be Able to Put Down. Przy każdej mini recenzji pojawiają się plusy, minusy i ocena. To jest normalne. To jest czytelne. To daje odbiorcy poczucie, że autor tekstu nie udaje, że każda książka jest arcydziełem.




Bo każda książka ma jakieś minusy.

Nawet dobra książka może mieć słabsze dialogi.
Nawet ciekawy thriller może mieć przewidywalne zakończenie.
Nawet udany romans może mieć przegadane sceny.
Nawet bestseller może być nierówny.
Nawet książka od dużego wydawnictwa może być po prostu przeciętna.

Dlatego kiedy widzę profil, na którym wszystkie książki są „cudowne”, „poruszające”, „nieodkładalne”, „piękne”, „ważne”, „koniecznie musicie przeczytać”, a oceny lecą 9/10 i 10/10 jedna po drugiej, zapala mi się czerwona lampka.

Nie dlatego, że ktoś lubi książki.
Nie dlatego, że ktoś ma pozytywne nastawienie.
Ale dlatego, że brak minusów w recenzjach jest często sygnałem, że recenzentka bardziej boi się utraty współpracy niż utraty zaufania czytelników.

A to już jest problem.

Jak rozpoznać recenzentkę, której nie warto ufać?

Po pierwsze: nigdy nie pisze minusów.
Każda książka jest dobra. Każda wzrusza. Każda wciąga. Każda zasługuje na uwagę. Nawet gdy dialogi są sztuczne, bohaterowie papierowi, fabuła przewidywalna, a zakończenie wygląda jak dopisane w pośpiechu.

Po drugie: oceny są podejrzanie wysokie.
Jeśli ktoś przez cały rok wystawia niemal wyłącznie 8/10, 9/10 i 10/10, to nie jest krytyka literacka. To katalog promocyjny.

Po trzecie: recenzja brzmi jak opis z okładki.
Dużo ogólników, zero konkretów. „Wciągająca historia”, „pełna emocji opowieść”, „bohaterowie, których nie da się zapomnieć”. Tylko że po takim tekście czytelnik nadal nie wie, czy książka ma dobre dialogi, wiarygodne postacie, sensowną fabułę i dobrze poprowadzone napięcie.

Po czwarte: nie ma jasnego oznaczenia współpracy.
Jeśli książka została wysłana przez wydawnictwo, czytelnik ma prawo o tym wiedzieć. Nie dlatego, że każda współpraca jest zła. Ale dlatego, że przejrzystość jest podstawą zaufania.

Po piąte: recenzentka bardziej broni wydawnictwa niż czytelnika.
A przecież recenzja powinna być pisana dla czytelnika. Nie dla działu marketingu. Nie dla paczki PR. Nie dla kolejnej darmowej książki. Dla osoby, która ma wydać własne pieniądze.

I tu dochodzimy do sedna.

Nie rozwiążemy problemu przekupnych albo zależnych recenzentek, bo one zawsze się znajdą. Czasem wystarczy darmowa paczka książek. Czasem poczucie bycia „ważną” w oczach wydawnictwa. Czasem zaproszenie do współpracy. Czasem zwykły lęk, że jeśli napisze się prawdę, to następnym razem paczki już nie będzie.

Ale możemy zrobić coś innego.

Możemy zacząć głośno mówić, którym recenzjom ufamy, a którym nie. Możemy tworzyć własne listy wydawnictw i profili, które publikują recenzje bez realnych minusów. Możemy pokazywać mechanizmy, które sprawiają, że czytelnik kupuje książkę na podstawie zachwytów, a potem czuje się oszukany.

Dlatego uważam, że tak jak robi to Magazyn BOK, warto publikować listy wydawnictw, które regularnie korzystają z recenzentek niewidzących żadnych wad w ich książkach.

Nie po to, żeby urządzać polowanie na czarownice.
Nie po to, żeby niszczyć komukolwiek profil.
Nie po to, żeby odbierać komuś prawo do zachwytu.

Ale po to, żeby bronić czytelników.

Bo jeśli wydawnictwo współpracuje głównie z osobami, które wystawiają same zachwyty, to znaczy, że nie zależy mu przede wszystkim na uczciwej rozmowie o literaturze. Zależy mu na sprzedaży. Na zasięgu. Na ładnym zdjęciu. Na tym, żeby książka dobrze wyglądała w mediach społecznościowych, nawet jeśli po lekturze okazuje się przeciętna, słaba albo zwyczajnie rozczarowująca.

Czytelnik ma prawo wiedzieć, że recenzja nie jest świętym tekstem.
Ma prawo wiedzieć, że za zachwytem może stać współpraca.
Ma prawo wiedzieć, że brak minusów nie zawsze oznacza książkę idealną. Czasem oznacza tylko recenzentkę, która nie chce narazić się wydawnictwu.

I właśnie dlatego potrzebujemy nowej kultury recenzowania.

Takiej, w której recenzent pisze jasno:

Plusy: co działa.
Minusy: co nie działa.
Ocena: uczciwa, a nie promocyjna.
Informacja: czy książka została kupiona, otrzymana od wydawnictwa, czy przeczytana w ramach współpracy.

To nie jest hejt.
To nie jest zazdrość.
To nie jest atak na bookstagram.

To jest elementarna uczciwość wobec ludzi, którzy kupują książki za własne pieniądze.

Bo najgorsze, co może spotkać literaturę, to nie krytyczna recenzja. Najgorsze jest środowisko, w którym wszyscy udają zachwyt, bo boją się powiedzieć prawdę.

A wtedy czytelnik zostaje sam — z książką, która miała być „nieodkładalna”, a okazuje się kolejnym produktem wypchniętym na rynek przez system wzajemnych uprzejmości.

Dlatego mówię jasno: recenzja bez minusów nie jest dla mnie recenzją. Jest reklamą. A reklama powinna być oznaczona.

Komentarze