„Do trzech razy szczęście” Krystyny Mirek — czyli mdłe romansidło po raz kolejny
Są książki, które zostają w głowie na długo. Są takie, które poruszają, drażnią, zmuszają do myślenia. I są też takie, które po zamknięciu okładki zostawiają jedno pytanie: kto właściwie czyta takie rzeczy i dlaczego rynek wciąż udaje, że to literatura z emocjami?
„Do trzech razy szczęście” Krystyny Mirek to kolejny przykład powieści, która ma być ciepła, kobieca, życiowa i pełna uczuć, ale w praktyce wypada jak literacki lukier rozsmarowany na tekturowym cieście. Niby są emocje, niby są relacje, niby bohaterowie mają swoje problemy, ale wszystko brzmi tak przewidywalnie, że czytelnik ma wrażenie, jakby dostał produkt z taśmy: trochę romansu, trochę rodzinnych komplikacji, trochę „życiowych mądrości” i obowiązkowy finał, który ma przykryć fakt, że po drodze niewiele naprawdę się wydarzyło.
Największym problemem tej książki są dialogi. Kiepskie, sztuczne, często oderwane od naturalnego języka. Bohaterowie nie rozmawiają jak ludzie z krwi i kości, tylko jak postacie stworzone po to, by przepchnąć fabułę do następnego przewidywalnego zakrętu. Brakuje tu nerwu, ostrości, prawdziwego konfliktu. Wszystko jest wygładzone, uładzone, bezpieczne — tak bardzo, że aż nudne.
Historie również sprawiają wrażenie oderwanych od życia. To świat, w którym problemy są dekoracją, emocje są opisane, ale nieprzeżyte, a miłość przypomina bardziej folder reklamowy niż realną relację. Zamiast psychologicznej głębi dostajemy schemat. Zamiast wiarygodnych postaci — papierowe figury. Zamiast napięcia — kolejne strony miękkiej, bezpiecznej narracji, która nikogo nie chce zranić, ale też nikogo nie potrafi naprawdę poruszyć.
I właśnie dlatego najbardziej interesuje mnie nie sama książka, ale jej odbiorca. Kto czyta takie mdłe romansidła? Może osoby zmęczone codziennością, które nie chcą literackiego ryzyka. Może czytelniczki szukające prostego odpoczynku, emocjonalnej waty cukrowej, historii bez bólu i bez prawdziwego ciężaru. I to można zrozumieć. Każdy ma prawo czytać to, co daje mu chwilę oddechu.
Problem zaczyna się wtedy, gdy takie książki sprzedaje się jako coś więcej niż literacki komfort food. Bo „Do trzech razy szczęście” nie jest powieścią głęboką, odważną ani szczególnie dobrze napisaną. To bezpieczny produkt dla tych, którzy chcą dostać dokładnie to, co już znają. Bez zaskoczeń. Bez ryzyka. Bez literackiej jakości, która mogłaby zaboleć albo zachwycić.
Krystyna Mirek ma swoich wiernych czytelników i zapewne wielu z nich będzie zadowolonych. Ale jeśli ktoś szuka prawdziwych emocji, dobrych dialogów, wiarygodnych bohaterów i historii, która nie pachnie fabrycznym schematem, może poczuć się rozczarowany.
Ocena: 3/10
Za lekkość można dać punkt. Za czytelność drugi. Za konsekwencję w trzymaniu się znanego schematu — trzeci. Ale literacko? To książka, która bardziej usypia niż porusza. I może właśnie dlatego tak dobrze pokazuje problem współczesnego rynku popularnych romansów: byle było miękko, słodko i bezpiecznie. Nawet jeśli przy okazji jest po prostu nijako.

Komentarze
Prześlij komentarz