O moich recenzjach, pierwszej książce i błędach. Dlaczego nie uciekam od odpowiedzialności?
Kiedyś J.K. Rowling mówiła o swoich początkach pisarskich z dystansem człowieka, który wie, że droga do książki nie zaczyna się od doskonałości. Zanim powstał świat Harry’ego Pottera, były lata pisania, odrzucenia, prób, notatek, poprawek i dojrzewania do własnego głosu. Sama historia pierwszej części Harry’ego Pottera pokazuje coś bardzo ważnego: wielkie książki nie spadają z nieba gotowe. Powstają długo, przechodzą przez odrzucenia, korekty, poprawki i momenty zwątpienia.
Stephen King opowiadał z kolei historię, która dla wielu pisarzy stała się niemal legendą. Wyrzucił początki „Carrie” do kosza, a Tabitha King wyjęła kartki, przeczytała je i powiedziała mu, że ma coś wartościowego. Chciała, żeby pisał dalej. Gdyby nie ta jedna osoba, która zobaczyła potencjał tam, gdzie autor widział porażkę, jedna z najważniejszych książek grozy mogłaby nigdy nie powstać.
King wielokrotnie pokazywał też, że pisarz nie jest samotnym geniuszem siedzącym na szczycie góry. Pisarz potrzebuje kogoś, kto czasem powie: to działa, pisz dalej. Albo przeciwnie: tu przeginasz, tu uciekasz w łatwiznę, tu gubisz bohatera. Czasem to żona, czasem kolega ze studiów, czasem redaktor, czasem pierwszy uczciwy czytelnik. Każdy pisarz, nawet największy, miał kiedyś kogoś, kto uratował mu tyłek.
Takich historii jest więcej. Katarzyna Piekarska, gdy ktoś zwrócił uwagę na błąd w jej książce, miała odpowiedzieć, że tak miało być. I można się z tego śmiać, można się oburzać, można kręcić głową. Ale ja chcę zadać inne pytanie.
Co naprawdę jest dla was ważniejsze: strona, na której wszystkie przecinki stoją na swoim miejscu, czy historia, która nie pozwala oderwać się od książki?
Nie pytam po to, żeby lekceważyć korektę. Korekta jest ważna. Redakcja jest ważna. Język jest ważny. Ale literatura nie jest tabelą w Excelu, gdzie wszystko ma być równo, bezpiecznie i bez ryzyka. Literatura żyje wtedy, gdy czytelnik zapomina o czasie. Gdy mówi sobie: jeszcze jeden rozdział. Jeszcze jedna strona. Jeszcze chwila.
I nagle robi się trzecia nad ranem.
Tak czyta się Kinga. Tak czyta się Johna Grishama. Tak można czytać dobrą powieść Jolanty Pileckiej, kiedy akcja nie stoi w miejscu, tylko ciągnie człowieka za gardło. Nie dlatego, że każde zdanie jest marmurowe. Nie dlatego, że przecinek ma metafizyczną głębię. Tylko dlatego, że jest napięcie, emocja, rytm, stawka i bohater, o którego zaczynamy się bać.
Dla mnie dobra książka nie musi epatować okrucieństwem. Nie musi szokować rozczłonkowanym dzieckiem, jakby makabra sama w sobie miała być dowodem odwagi autora. Czasem większe napięcie rodzi się z obserwowania człowieka zamkniętego dzień po dniu w sytuacji bez wyjścia. Kiedy bohaterka słabnie. Kiedy podawane jedzenie zamiast dawać siłę, odbiera ją. Kiedy czytelnik zaczyna się wściekać: dlaczego autor zostawia swoją ukochaną postać w takim położeniu? Dlaczego nie daje jej uciec? Dlaczego każe nam patrzeć?
I właśnie wtedy książka działa.
Bo literatura nie polega tylko na tym, żeby było ładnie. Literatura ma poruszać. Ma niepokoić. Ma zmuszać do pytania: co ja bym zrobił? Komu bym uwierzył? Gdzie kończy się moja cierpliwość? Jak długo można być bezsilnym?
Byłem recenzentem, który oceniał książki, nie nazwiska
Przez lata jako recenzent starałem się robić rzecz dziś coraz rzadszą: oceniałem książkę, a nie autora.
Nie interesowało mnie, czy nazwisko na okładce jest modne. Nie interesowało mnie, czy autor ma wielkie wydawnictwo, wielki nakład, wielką kampanię i wielki baner w księgarni. Interesowało mnie jedno: czy ta książka ma wartość.
Dlatego u mnie bestsellerowy autor mógł dostać trójkę, a debiutantka dziewiątkę.
I nie, nie uważałem tego za skandal. Uważałem to za normalność.
Jeżeli książka jest słaba, to marka autora jej nie uratuje. Może ją sprzedać. Może ją wypchnąć na listy. Może sprawić, że ludzie kupią ją z przyzwyczajenia. Ale nie sprawi, że nagle stanie się dobra.
Pamiętam, jak na grupie „Wieczór Literacki” pojawiały się głosy: jak można było dać Mrozowi trójkę?
Można.
Bo recenzent nie jest od klękania przed nazwiskiem. Recenzent nie jest od obsługiwania hierarchii rynku. Recenzent nie jest od powtarzania: skoro wszyscy kupują, to znaczy, że dobre.
Recenzent jest od powiedzenia: sprawdzam.
Czy książka ma napięcie?
Czy bohaterowie naprawdę żyją na kartach książki?
Czy zostają z czytelnikiem długo po ostatniej stronie?
Czy ich wybory, lęki, błędy i pragnienia wracają do nas jeszcze następnego dnia?
Czy dialogi brzmią prawdziwie?
Czy zakończenie wynika z opowieści, czy z kalkulacji?
Czy autor miał coś do powiedzenia, czy tylko odhaczył kolejny produkt?
Czy czytelnik dostał literaturę, czy markowy towar?
Patty Maj napisała w swojej książce, że właśnie po tym rozpoznaje się prawdziwego recenzenta: nie po tym, że chwali znanych, ale po tym, że potrafi uczciwie ocenić każdego. Debiutanta i gwiazdę. Małe wydawnictwo i wielką machinę promocyjną. Książkę z piękną okładką i książkę, która wygląda skromnie, ale ma serce.
Marka sprzedaje. Ale marka nie zawsze znaczy jakość
Nie oszukujmy się: wielkie nazwisko sprzedaje.
Są autorzy, którzy wiedzą, że czytelnik kupi kolejną książkę, bo zna markę. Bo widział ją wszędzie. Bo okładka jest podobna. Bo nazwisko działa jak logo.
I tutaj przypomina mi się przypisywana Markowi Twainowi myśl, którą można streścić tak: kiedyś pisałem lepsze rzeczy i nikt nie chciał ich wydać, dziś napiszę byle co i staje się bestsellerem.
Nie wiem, czy Twain powiedział to dokładnie w takiej formie. Ale wiem, że sens tego zdania jest boleśnie aktualny.
Rynek książki często nie pyta: czy to jest najlepsza książka?
Rynek pyta: czy to się sprzeda?
Czy nazwisko pociągnie ludzi?
Czy algorytm to podbije?
Czy księgarnia da ekspozycję?
Czy recenzenci z Instagrama zrobią ładne zdjęcia?
Czy wszyscy zgodnie powiedzą, że to „mocna”, „ważna”, „wciągająca” i „nieodkładalna” książka?
A potem czytelnik kupuje i po stu stronach czuje, że coś tu nie działa. Że dostał nie powieść, tylko produkt. Nie historię, tylko kolejną pozycję w harmonogramie wydawniczym.
Dlatego zawsze uważałem, że recenzent ma obowiązek zachować niezależność. Nie wobec własnego ego. Nie wobec sympatii. Nie wobec rynku. Wobec czytelnika.
A teraz moja pierwsza książka
Skoro wymagam od innych odpowiedzialności, muszę też powiedzieć coś o sobie.
Moja pierwsza książka nie była idealna.
Miała błędy. Miała niedociągnięcia stylistyczne. Nie przeszła takiej korekty, jaką dziś uznałbym za konieczną. Była pierwszym opracowaniem, pisanym bardziej z potrzeby przekazu niż z kalkulacji wydawniczej.
Nie będę udawał, że było inaczej.
Ktoś mi to wypomniał? Miał prawo.
Ktoś powiedział, że brakowało korekty? Miał rację.
Ktoś uznał, że język mógł być lepszy? Tak, mógł.
Ale ta książka nie powstała po to, żeby udawać literacką perłę. Powstała po to, żeby przekazać myśl. Żeby zebrać inspiracje, cytaty, doświadczenia, ostrzeżenia i refleksje. Żeby pokazać ludziom, jak nie dać się nabrać na manipulację, jak myśleć samodzielnie, jak nie oddawać własnego życia przypadkowym autorytetom.
Ta książka była pobierana w internecie 727 razy.
Dla mnie to nie jest powód do pychy. To jest powód do refleksji.
Bo skoro ktoś ją pobrał, to znaczy, że czegoś szukał. Może nie idealnego stylu. Może nie literackiego fajerwerku. Może szukał sensu, prostego zdania, cytatu, wskazówki, impulsu. I jeżeli choć jedna osoba dzięki tej książce pomyślała: muszę bardziej uważać, muszę myśleć samodzielnie, muszę nie dać sobą sterować — to ta książka miała sens.
Ale jednocześnie nauczyłem się czegoś bardzo ważnego: dobry przekaz zasługuje na dobrą formę.
Nie dlatego, że forma jest ważniejsza od treści. Tylko dlatego, że słaba forma może zaszkodzić dobrej treści.
I to jest moja lekcja.
Nie uciekam od krytyki
Nie mam zamiaru uciekać od odpowiedzialności.
Mogę powiedzieć: tak, popełniłem błędy. Tak, dziś zrobiłbym to inaczej. Tak, korekta powinna być lepsza. Tak, pierwsza książka była niedoskonała.
Ale nie pozwolę, żeby moje błędy redakcyjne stały się narzędziem do uciszania dyskusji o czymś znacznie poważniejszym: o pseudoekspertach, o nieuczciwych recenzjach, o wizerunku bez kompetencji, o radach bez źródeł i o rynku książki, który coraz częściej myli popularność z jakością.
Bo to są dwie różne sprawy.
Czym innym jest autor, który wydał niedoskonałą pierwszą książkę i potrafi powiedzieć: tak, uczę się.
A czym innym jest osoba, która buduje w sieci ekspercki wizerunek, doradza ludziom w sprawach zdrowia, psychiki, dzieci, seniorów, emocji albo edukacji, a gdy ktoś pyta o źródła, reaguje oburzeniem.
Czym innym jest błąd w przecinku.
Czym innym jest błąd w odpowiedzialności.
Przecinek można poprawić.
Nieodpowiedzialną poradą można komuś zaszkodzić.
Czego nauczyła mnie moja pierwsza książka?
Nauczyła mnie pokory.
Nauczyła mnie, że sam pomysł nie wystarczy.
Nauczyła mnie, że autor może mieć rację w przekazie, ale przegrać przez niedopracowaną formę.
Nauczyła mnie, że krytyka boli, ale bywa potrzebna.
Nauczyła mnie, że nie każdy, kto krytykuje, jest wrogiem.
Nauczyła mnie też, że nie każda krytyka jest uczciwa. Czasem ludzie nie chcą rozmawiać o sednie sprawy, więc uciekają w atak na drobiazgi. Nie odpowiedzą na pytanie o kompetencje, ale wypomną przecinek. Nie pokażą źródła, ale powiedzą: a pan też miał błąd. Nie odniosą się do meritum, tylko spróbują przesunąć uwagę.
Dziś potrafię przyjąć jedno i odrzucić drugie.
Przyjmuję krytykę tam, gdzie jest zasadna.
Odrzucam manipulację tam, gdzie ma zastąpić rozmowę o odpowiedzialności.
Dlaczego założyłem Good Habits Bookshelf
Właśnie z tego doświadczenia wyrasta Good Habits Bookshelf.
Bo wiem, że selfpublishing daje wolność. Ale wiem też, że wolność bez jakości szybko zamienia się w chaos.
Książki zgłaszane do Empik Selfpublishing nie przechodzą automatycznie profesjonalnej korekty, redakcji i oceny merytorycznej. Platforma techniczna sprawdza przede wszystkim plik: wymiary, format, marginesy, okładkę, poprawność techniczną. To autor odpowiada za tekst.
Dlatego chciałem stworzyć miejsce, w którym autorzy niezależni mogą zachować własny głos, ale jednocześnie zgodzić się na opinię recenzentów, korektę i minimum jakości.
W Good Habits Bookshelf książka nie ma być naciągana pod trend. Nie chcę sytuacji, o której pisała Patty Maj w „Kurtynie Rynku Książki”: że rynek tak mocno ingeruje w tekst, iż autor po wszystkim nie poznaje własnej książki.
Ja chcę książki autora, nie produktu zespołu redakcyjnego.
Ale chcę też odpowiedzialności.
Dlatego w Good Habits Bookshelf obowiązuje zasada: książka musi mieć ocenę co najmniej 7/10.
W tej chwili platforma liczy 30 niezależnych twórców, którzy przystali na te warunki.
To znaczy: chcą być autorami, ale nie boją się oceny. Chcą wolności, ale rozumieją, że czytelnik zasługuje na jakość. Chcą zachować własny głos, ale wiedzą, że korekta nie zabija autora. Dobra korekta pomaga mu mówić wyraźniej.
Recenzent musi mieć odwagę
Dzisiaj wielu recenzentów nie recenzuje książek. Oni obsługują atmosferę.
Robią ładne zdjęcie.
Piszą, że książka jest „ważna”.
Piszą, że „nie mogli się oderwać”.
Piszą, że „emocje zostały z nimi na długo”.
Piszą to samo o dziesięciu książkach pod rząd.
A potem czytelnik kupuje i pyta: gdzie są te emocje? Gdzie jest ta ważność? Gdzie jest ta literatura?
Prawdziwy recenzent nie musi być brutalny. Ale musi być uczciwy.
Musi umieć napisać: tu jest świetny pomysł, ale słabe wykonanie.
Musi umieć napisać: autor ma markę, ale ta książka jest przeciętna.
Musi umieć napisać: debiutantka nie ma reklamy, ale napisała coś mocnego.
Musi umieć napisać: ta książka ma błędy, ale ma też serce.
Musi umieć napisać: ta książka jest poprawna, ale martwa.
Bo książka może być poprawna jak formularz urzędowy i nudna jak czekanie w kolejce.
A może być chropowata, nierówna, ale żywa.
Ja wolę książkę żywą.
Ale dziś wiem też, że żywa książka zasługuje na korektę. Nie po to, żeby ją uładzić do śmierci, tylko po to, żeby nic nie przeszkadzało czytelnikowi w przeżywaniu historii.
Nie żałuję
Nie żałuję, że pisałem.
Nie żałuję, że recenzowałem ostro.
Nie żałuję, że dawałem trójki znanym autorom i dziewiątki debiutantom.
Nie żałuję, że moja pierwsza książka była niedoskonała.
Żałowałbym tylko jednego: gdybym udawał, że była doskonała.
Nie była.
Ale była moja.
Była etapem.
Była próbą.
Była początkiem.
I może właśnie dlatego mam dziś prawo powiedzieć innym autorom: nie bójcie się krytyki, ale nie lekceważcie czytelnika. Nie oddawajcie własnego głosu rynkowi, ale też nie udawajcie, że forma nie ma znaczenia. Nie pozwólcie, żeby ktoś przerobił waszą książkę na produkt bez duszy, ale pozwólcie komuś poprawić błędy, które przeszkadzają czytelnikowi.
Pisarz musi mieć twardy tyłek.
Recenzent musi mieć kręgosłup.
Autor musi mieć pokorę.
A czytelnik ma prawo do prawdy.
I właśnie dlatego nie uciekam od odpowiedzialności.
Będę pisał dalej.
Będę recenzował dalej.
Będę mówił, że marka nie zastępuje jakości.
Będę mówił, że przecinki są ważne, ale nie ważniejsze od życia książki.
Będę mówił, że selfpublishing to wolność, ale też odpowiedzialność.
Będę mówił, że dobra książka nie zawsze jest idealna, ale zawsze musi być uczciwa wobec czytelnika.
Bo Books When I Read nie powstało po to, żeby wszystkim było miło.
Powstało po to, żeby książki były traktowane poważnie.

Komentarze
Prześlij komentarz