Koniec „czułego narratora”. Dlaczego nowa książka Tokarczuk to ucieczka przed prawdziwą historią?
Zapowiedziana na jesień premierowa powieść Olgi Tokarczuk „Świata jest za dużo”
ma być – według deklaracji samej autorki – jej ostatnim wielkim dziełem
fabularnym. Dla wyznawców tokarczukowego kultu to powód do rozpaczy.
Dla trzeźwo patrzących krytyków i czytelników? To ostateczny dowód na
to, że literacka formuła polskiej noblistki nie tylko doszczętnie się
wyczerpała, ale od lat służyła jako wygodny parawan do omijania tematów
naprawdę trudnych, bolesnych i niepasujących do salonowych tez.
Zgrana płyta dolnośląskiego terroir
Zamiast pożegnania z hukiem, Tokarczuk serwuje nam literacki recykling. „Świata jest za dużo”
to ponowny powrót w Sudety, na Dolny Śląsk i do tematu powojennych
przesiedleń. Przemielony przez polską literaturę na tysiąc sposobów
motyw wykorzenienia znów wraca jako nostalgiczno-melancholijna zupa z
powojennych gruzów.
Już
sam tytuł poraża nieznośną pretensjonalnością i dydaktyzmem. Zamiast
krwistych bohaterów i dynamicznej akcji, z zapowiedzi wyłania się
kolejny chaotyczny patchwork, w którym „życia przenikają się na wiele
sposobów”. To nie jest nowatorstwo – to narracyjne pójście na łatwiznę.
Jeśli pisarka nie potrafi utrzymać uwagi czytelnika klasyczną strukturą
fabularną, ucieka w ezoteryczne „przenikanie się bytów” i eseistyczne
moralizatorstwo z pozycji wszechwiedzącego mędrca.
Czułość, która milknie na Wołyniu
Ta
autorska ucieczka w bezpieczne, dolnośląskie uniwersum obnaża jednak
coś znacznie poważniejszego: głęboki oportunizm historyczny. Skoro
Tokarczuk zamyka swoją karierę powieściopisarki, warto zadać kluczowe
pytanie: dlaczego autorka kreująca się na sumienie narodu nigdy nie
odważyła się napisać o Wołyniu?
Odpowiedź
jest bolesna dla jej fanów: rzeź wołyńska brutalnie roztrzaskuje całą
ideologiczną konstrukcję, na której Tokarczuk zbudowała swój
międzynarodowy sukces. Pisarka od lat powtarza, że Polacy muszą
rozliczyć się z własnych win z przeszłości – z kolonizacji Kresów czy
krzywdzenia mniejszości. Wołyń stawia tę tezę pod ścianą. Tam Polacy
byli bezdyskusyjnymi, masowymi ofiarami brutalnego ludobójstwa.
Pokazanie prawdy o 1943 roku musiałoby postawić polską stronę w roli
absolutnej ofiary, a ukraińską w roli bestialskiego oprawcy. Na taką
martyrologiczno-patriotyczną perspektywę w salonie noblistki nie ma
miejsca.
Estetyzacja koszmaru i polityczna poprawność
Temat
Wołynia stawia opór. Wymaga realizmu, dosłowności i dotknięcia
skrajnego, nieludzkiego okrucieństwa, przed którym ucieka realizm
magiczny Tokarczuk. Próba ubrania rzezi wołyńskiej w ramy „czułego
narratora”, ekofeministycznych metafor czy grzybni łączącej ludzkie losy
byłaby estetycznym i moralnym nietaktem.
Dochodzi
do tego współczesny kontekst geopolityczny. Jako zaangażowana po
stronie liberalnej intelektualistka, Tokarczuk jednoznacznie wspiera
Ukrainę. Napisanie bezkompromisowej książki o Wołyniu wymagałoby
uderzenia w ukraiński mit narodowy budowany na kulcie UPA. Dla autorki
otwieranie tego historycznego frontu jest po prostu politycznie
niedogodne. Wybiera więc bezpieczniejszą opcję: w nowej książce woli
skupić się na traumie Akcji „Wisła” i powojennych przesiedleniach,
zręcznie omijając krwawe jądro konfliktu etnicznego.
Podsumowanie: Świat, w którym za dużo jest unikania prawdy
„Świata jest za dużo”
zapowiada się na monument postawiony samej sobie –
przeintelektualizowane, ciężkostrawne tomiszcze dla krytyków piszących
recenzje na kolanach. Ta książka udowadnia, że „czułość” Tokarczuk jest
wybiórcza. Jej wielki literacki finał to nie akt odwagi, a bezpieczna
emerytura w krainie sprawdzonych metafor, z dala od tematów, które
mogłyby zepsuć jej wizerunek na europejskich salonach. Dla czytelnika
szukającego w literaturze prawdy bez kompromisów, w tej twórczości
faktycznie jest już „za dużo” – nudy, pretensji i politycznej
kalkulacji.

Komentarze
Prześlij komentarz