Gdy „recenzenckie mistrzostwo świata” kończy się przy kasie
Kiedy patrzę na kolejne „recenzenckie mistrzostwa świata”, mam coraz większy problem nie z samymi książkami, lecz z tym, co dziś nazywa się recenzją.
Bo jeśli recenzja ma być wyłącznie hymnem pochwalnym, pięcioma gwiazdkami i obowiązkowym „nie mogłam się oderwać”, to może przestańmy udawać, że chodzi o krytykę literacką. Nazwijmy rzecz po imieniu: to rekomendacja sprzedażowa.
Najbardziej szkoda mi tego, że tak często za tymi tekstami nie stoi recenzent, którego można rozpoznać, zapamiętać, skonfrontować z jego oceną. Bo chciałoby się czasem zapytać bardzo konkretnie:
Dlaczego napisałeś, że ta książka jest wciągająca, skoro dla mnie była przewidywalna, rozwleczona i płaska? Dlaczego dałeś 5/5, skoro nie wspomniałeś nawet o jej oczywistych wadach? Dlaczego po twojej rekomendacji wydałem pieniądze na książkę, której nie uważam za wartą tej ceny?
Oczywiście recenzja zawsze jest subiektywna. Jednemu książka się spodoba, drugiemu nie. I to jest normalne.
Ale czym innym jest subiektywizm, a czym innym systematyczne pomijanie wszystkiego, co mogłoby osłabić sprzedaż produktu.
Kiedy przeglądam część opinii publikowanych przy książkach w dużych księgarniach internetowych, czasem naprawdę zaczynam się zastanawiać: skoro te wszystkie tytuły są tak wybitne, tak poruszające, tak genialnie napisane i tak absolutnie „nieodkładalne”, to dlaczego nie wszystkie stają się bestsellerami?
Dlaczego autorzy tych rzekomych arcydzieł nie dominują w poważnych rankingach literackich?
Dlaczego nie trafiają do szerokiej debaty krytycznej?
Dlaczego niektóre książki po kilku miesiącach praktycznie znikają z obiegu, mimo że pod kartą produktu czytamy niemal same zachwyty?
Może dlatego, że pięć gwiazdek nie potrafi zamienić przeciętnej książki w dobrą książkę.
Może dlatego, że czytelnicy po prostu nauczyli się nie ufać wszystkiemu, co widzą pod przyciskiem „kup teraz”.
I może właśnie dlatego autorzy oraz ich otoczenie coraz częściej szukają innych dróg dotarcia do odbiorców: wzajemnego linkowania, grup promocyjnych, polecania się nawzajem, zamkniętych kręgów, w których jedni autorzy, blogerzy i czytelnicy podbijają widoczność drugim.
Sam marketing nie jest niczym złym.
Problem zaczyna się wtedy, gdy marketing przebiera się za niezależną opinię.
Rozumiem małego sprzedawcę, który chce zarobić. Rozumiem blogera, który potrzebuje ruchu. Rozumiem autora, który walczy o każdą sprzedaż.
Ale od dużej księgarni oczekuję czegoś więcej.
Oczekuję świadomości, że jej marka opiera się nie tylko na cenach i liczbie produktów, lecz również na zaufaniu klienta.
Tania Książka przez lata budowała wizerunek miejsca solidnego i rozpoznawalnego. Właśnie dlatego tym bardziej razi sytuacja, w której wyróżnienia o nazwach sugerujących „recenzenckie mistrzostwo” trafiają do tekstów, które nie analizują książki, lecz praktycznie wyłącznie ją zachwalają.
Bo wtedy pojawia się pytanie:
czy wyróżniamy najlepszą recenzję, czy najbardziej sprzedażowy zachwyt?
To ogromna różnica.
Dobra recenzja nie powinna być wygodna dla wydawcy.
Powinna powiedzieć, że bohater jest płaski, jeśli jest płaski.
Że środek książki się ciągnie, jeśli się ciągnie.
Że dialogi brzmią sztucznie, jeśli brzmią sztucznie.
Że historia jest przewidywalna, nawet jeśli autor ma tysiące obserwujących i kilkadziesiąt zaprzyjaźnionych profili gotowych wkleić link.
A jeśli książka jest świetna — wtedy pięć gwiazdek naprawdę coś znaczy.
Dziś problem polega na tym, że inflacja zachwytu zniszczyła wartość zachwytu.
Jeżeli prawie wszystko jest „genialne”, nic nie jest genialne.
Jeżeli każda druga książka jest „mistrzowska”, słowo „mistrzostwo” staje się pustą etykietą.
Jeżeli recenzja nie potrafi wskazać ani jednej słabości, to czy nadal pomaga czytelnikowi — czy już tylko pomaga sprzedać egzemplarz?
I właśnie tutaj księgarnia ryzykuje najwięcej.
Nie jedną sprzedaż.
Nie jedną krytyczną uwagę.
Ryzykuje własną wiarygodność.
Bo klienta można przekonać pięcioma gwiazdkami raz.
Może drugi.
Ale gdy trzeci raz kupi „arcydzieło” i dostanie przeciętną książkę, nie pomyśli już tylko źle o autorze.
Pomyśli:
„Nie wierzę waszym recenzjom”.
A od utraty zaufania zaczyna się prawdziwy problem każdej marki.
Dlatego zamiast kolejnych „mistrzostw świata” w zachwycaniu nad wszystkim chciałbym zobaczyć coś znacznie prostszego:
recenzję, która ma odwagę powiedzieć prawdę.
Nawet wtedy, gdy ta prawda nie sprzedaje.

Komentarze
Prześlij komentarz