Czy Nike będzie teraz promowała wyłącznie brutalizm?

 



Czy Nike będzie teraz promowała wyłącznie brutalizm?

Otwierasz najnowszy kryminał – krew. Włączasz głośno zachwalaną w mediach powieść historyczną – flaki, pot, sperma i rykoszetem Śląsk. Szczepan Twardoch zgarnął kolejną nominację (a może i statuetkę) do Nagrody Literackiej Nike za swoją brutalną, bezkompromisową prozę. Gratulacje dla autora. Problem w tym, że po przeczytaniu dziesięciu stron jego książki człowiek ma ochotę rzucić nią o ścianę i umyć ręce. Czy salon literacki w Polsce uznał, że literatura wysoka musi boleć, śmierdzieć i ociekać krwią?
Przez lata polska literatura mainstreamowa kojarzyła się z subtelnością. Były wielkie metafory, inteligenckie rozliczenia, psychologiczne niuanse u Olgi Tokarczuk czy poetyckie powidoki u Myśliwskiego. A potem wjechał on – Szczepan Twardoch. Ubrany w garnitur szyty na miarę, prosto z ringu bokserskiego, z luksusowym zegarkiem na ręku i prozą, która traktuje czytelnika jak worek treningowy.
Jego bohaterowie to zazwyczaj skrajni egocentrycy, brutale i ludzie moralnie odpychający. Fabuła? Przemoc goni przemoc, podana w ciężkim, rwanym rytmie wielokrotnie złożonych zdań. Dla jednych to „genialny realizm” i „płynięcie pod prąd liberalnego salonu”. Dla wielu innych – po prostu męczący, pretensjonalny bełkot, którego nie da się czytać bez poczucia głębokiego niesmaku. I można by na to po prostu machnąć ręką, gdyby nie fakt, że najważniejsze polskie gremia literackie dostały na tym punkcie absolutnego bzika.

Monopol na męskie bicie po gębie

Kiedy Nagroda Literacka Nike – dotychczasowa ostoja intelektualnego rygoru i humanistycznej wrażliwości – zaczyna seryjnie wynosić na ołtarze prozę operującą turpizmem i estetyką rzeźni, rodzi się uzasadnione pytanie: czy to nowy kanon?
Promowanie brutalizmu staje się powoli bezpieczną walutą polskiego rynku wydawniczego. Zasada wydaje się prosta: im ciemniej, im brutalniej, im bardziej obrzydliwie, tym większa szansa na poklask krytyków. Jeśli autor nie zaserwuje czytelnikowi emocjonalnego i fizjologicznego rzygu, to znaczy, że napisał literaturę „błahą” albo „obyczajową”. Prawdziwa literatura – zdają się mówić jurorzy – musi być przecież traktowana „z liścia”.
Tylko że przeciętny czytelnik ma pełne prawo powiedzieć: mam wyjebane na Twardocha i jego bicie po gębie. Książka to nie tylko eksperyment z wytrzymałością ludzkiego żołądka. Można pisać o rzeczach ostatecznych, wojnie i mroku bez taplania się w rynsztoku dla samego efektu szoku.

Gdzie podziała się reszta świata?

Wprowadzenie brutalizmu do głównego nurtu nagród literackich rodzi niebezpieczny precedens. Nike ryzykuje, że zamknie się w bańce jednej, agresywnej estetyki. Jeśli standardem „wielkiej powieści” ma być stylówa na literackiego twardziela, to tracimy z oczu autorów, którzy potrafią pisać z empatią, humorem, lekkością lub głębokim psychologizmem, nie potrzebując do tego kastetu i litrów posoki na każdej stronie.
Wojna, kryzysy i brutalna rzeczywistość pukają do naszych drzwi każdego dnia z ekranów telefonów. Szukanie tego samego, podkręconego do granic możliwości brutalizmu w literaturze pięknej – i wmawianie nam, że to jedyna słuszna sztuka – staje się po prostu nudne. Czas, aby kapituły wielkich nagród zauważyły, że polska literatura to coś więcej niż pięści i przetrącone karki. W przeciwnym razie czytelnicy masowo zrobią to, co wielu robi już po kilku stronach lektury modnych autorów: po prostu zamkną książkę.


Komentarze