Dzieci sprawiające kłopoty wychowawcze są trudne, ponieważ brak im umiejętności , które pozwoliłyby im zachowywać się inaczej.
Dr Ross Greene - Trudne emocje u Dzieci
BOOKS WHEN I READ | RODZICIELSTWO I EDUKACJA | RECENZJA W ODCINKACH 02 — WERSJA ROZSZERZONA
NIE POTRAFIĘ JEJ POLUBIĆ
Część 2. Czy dzieci naprawdę manipulują rodzicami, czy dorośli nie potrafią przewidzieć kolejnej awantury?
Ross W. Greene – „Trudne emocje u dzieci. Jak wspólnie rozwiązywać problemy w domu i w szkole”
W pierwszej części recenzji pisałem o rodzicach, którzy boją się własnych dzieci. O matkach wyczerpanych codziennymi konfliktami, o rodzinach, które przestają normalnie funkcjonować, i o wyznaniu, które trudno wyrzucić z pamięci: „Nie potrafię polubić mojej córki”.
Dzisiaj, po przeczytaniu drugiego i trzeciego rozdziału książki doktora Rossa W. Greene’a, zaczynam rozumieć, że największy problem może leżeć gdzie indziej, niż dotychczas sądziłem.
Nie chodzi wyłącznie o to, jak reagować na dziecięce awantury. Chodzi o to, dlaczego dopuszczamy do ich powtarzania, skoro bardzo często potrafimy przewidzieć, kiedy nastąpią.
To właśnie ta myśl najmocniej do mnie przemawia.
Czy awantura naprawdę spada z jasnego nieba?
Greene przedstawia sytuacje, które wielu rodziców rozpozna natychmiast.
Dziecko nie chce wyłączyć telewizora. Nie zgadza się na zmianę planów. Odmawia wykonania polecenia. Protestuje, kiedy rodzic proponuje coś innego, niż wcześniej ustalono.
Dorosły powtarza polecenie. Dziecko podnosi głos. Rodzic zaczyna grozić konsekwencjami. W końcu dochodzi do wybuchu.
Autor pokazuje, że takie sytuacje niekoniecznie są przypadkowe.
Jeżeli dziecko codziennie reaguje złością na zakończenie oglądania telewizji, to kolejna awantura nie powinna nas zaskakiwać.
Jeżeli niemal zawsze protestuje przeciwko zmianie planów, wiemy już, że właśnie takie sytuacje sprawiają mu trudność.
Jeżeli każde wyjście do szkoły oznacza konflikt, powinniśmy zastanowić się, co konkretnie wywołuje napięcie.
Przewidywanie nie oznacza, że każdemu wybuchowi można zapobiec. Oznacza jednak, że mamy szansę działać, zanim emocje przejmą kontrolę.
I to jest dla mnie jedna z najważniejszych lekcji tej książki.
Przecinek z egzaminu, którego nie zapomniałem
W poprzedniej części recenzji wspominałem o egzaminie wstępnym z prawoznawstwa, na którym poległa mniej więcej połowa studentów.
Problem nie polegał na tym, że nie znali definicji.
Często decydowała precyzja zapisu. Niekiedy brak przecinka.
Pamiętam tę sytuację, ponieważ uświadomiła mi, jak ogromne znaczenie może mieć jedno niedopowiedzenie.
I dzisiaj, czytając Greene’a, zastanawiam się, dlaczego rodzice tak często nie stosują podobnej precyzji w rozmowach z dziećmi.
Dlaczego mówią:
„Później”.
„Potem”.
„Za chwilę”.
„Zobaczymy”.
Zamiast:
„Telefon dostaniesz o siedemnastej, po obiedzie, na pół godziny”.
Przecież dla siedmioletniego dziecka słowo „później” może oznaczać zupełnie coś innego niż dla dorosłego.
Matka myśli o wieczorze.
Dziecko spodziewa się telefonu za piętnaście minut.
Kiedy wraca po urządzenie, słyszy odmowę.
„Ale obiecałaś!”.
I zaczyna się konflikt.
Czy dziecko manipuluje? A może po prostu domaga się dotrzymania obietnicy, którą zrozumiało inaczej?
Nie twierdzę, że każde takie nieporozumienie usprawiedliwia krzyk czy agresję.
Twierdzę natomiast, że rodzice również odpowiadają za jasność komunikacji.
Nie możemy wymagać od dzieci precyzyjnego przestrzegania zasad, których sami precyzyjnie nie określiliśmy.
Jajecznica, której dziecko nie chciało
W trzecim rozdziale Greene przedstawia historię Philipa.
Chłopiec nie chce jeść jajecznicy. Rodzic nalega, argumentując, że siostra ją lubi, a więc przygotowany posiłek powinien odpowiadać obojgu dzieciom.
Konflikt narasta.
Dziecko protestuje, dorosły zaostrza ton, aż w końcu chłopiec w złości zrzuca jedzenie.
I tutaj pojawia się pytanie.
Czy problemem była sama jajecznica?
Czy może sposób, w jaki dorosły zareagował na odmowę?
Zastanówmy się.
Dziecko mówi, że czegoś nie lubi.
Rodzic odpowiada, że jego siostra to lubi.
Ale co właściwie ma z tego wynikać?
Czy upodobania jednego dziecka mają automatycznie obowiązywać drugie?
Wyobraźmy sobie podobną rozmowę między dorosłymi.
Żona mówi mężowi, że nie lubi określonej potrawy.
Mąż odpowiada, że jego brat ją uwielbia, więc żona powinna zjeść.
Czy uznalibyśmy to za rozsądny argument?
Nie.
Dlaczego więc czasami stosujemy taką logikę wobec dzieci?
Nie chodzi o to, aby przygotowywać każdemu domownikowi osobny obiad.
Chodzi o dostrzeżenie, że problem można rozwiązać bez upokarzania, zmuszania czy eskalowania konfliktu.
Greene zachęca do szukania przyczyn trudnego zachowania, a nie jedynie do reagowania na jego skutki.
Dziecko, które nie lubi wiatru
Kolejny przykład dotyczy Mickey'ego.
Matka proponuje mu wyjście na dwór. Chłopiec odmawia, ponieważ przeszkadza mu wiatr.
Dorosła nie traktuje tego poważnie.
Dla niej to przecież tylko wiatr.
Dla dziecka może to być jednak autentycznie nieprzyjemne doświadczenie.
Rozmowa szybko zmienia się w konflikt.
Co mnie uderzyło w tej historii?
Dorośli bardzo często oceniają dziecięce reakcje przez pryzmat własnych odczuć.
Jeżeli nam coś nie przeszkadza, zakładamy, że nie powinno przeszkadzać również dziecku.
Jeżeli my nie boimy się określonej sytuacji, uznajemy dziecięcy strach za przesadę.
Jeżeli dla nas zmiana planów jest drobiazgiem, nie rozumiemy, dlaczego dziecko reaguje tak gwałtownie.
Tymczasem dzieci mogą różnić się wrażliwością sensoryczną, sposobem przetwarzania informacji i zdolnością radzenia sobie ze stresem.
To nie oznacza, że każda odmowa powinna automatycznie zakończyć rozmowę.
Oznacza jednak, że warto najpierw ustalić, co właściwie stanowi problem.
Courtney i odwołane wyjście do parku
Jeszcze bardziej zainteresowała mnie historia Courtney.
Rodzina planowała wyjście do parku.
Zaczyna padać deszcz.
Rodzic informuje dziewczynkę, że plan trzeba zmienić.
Dziecko protestuje.
Dorosły proponuje inne zajęcie.
Dziewczynka nadal domaga się wyjścia do parku.
W końcu dochodzi do wybuchu.
Na pierwszy rzut oka można powiedzieć: dziecko jest uparte i nie rozumie, że podczas deszczu nie zawsze można zrealizować wcześniejsze plany.
Ale Greene zwraca uwagę na coś innego.
Courtney może mieć trudność z elastycznym dostosowaniem się do zmienionych okoliczności.
W jej wyobrażeniu dzień miał wyglądać konkretnie.
Park był częścią tego planu.
Kiedy plan się rozpada, dziewczynka nie potrafi łatwo zaakceptować alternatywy.
I tu wracamy do mojej najważniejszej refleksji.
Jeżeli wiemy, że dziecko źle reaguje na zmiany, dlaczego nie przygotowujemy go wcześniej na możliwość ich wystąpienia?
Można przecież powiedzieć:
„Jutro pójdziemy do parku, jeśli pogoda pozwoli. Gdyby padało, wspólnie wybierzemy coś innego”.
To nie daje gwarancji spokojnej reakcji, ale pozwala dziecku wcześniej oswoić możliwość zmiany.
Czarno-biały świat dziecka
Greene opisuje również trudności z myśleniem w kategoriach innych niż czarne i białe.
Niektóre dzieci postrzegają sytuacje bardzo dosłownie.
Jeżeli coś zostało zaplanowane, powinno się wydarzyć.
Jeżeli rodzic coś obiecał, obietnica musi zostać spełniona dokładnie w oczekiwany sposób.
Jeżeli dziecko uznało jakieś rozwiązanie za właściwe, trudno mu zaakceptować alternatywę.
Dorośli wiedzą, że życie pełne jest wyjątków.
Dzieci dopiero się tego uczą.
I tutaj znów pojawia się moje porównanie z prawem.
Prawo opiera się na regułach, ale przewiduje również wyjątki, warunki i okoliczności zmieniające sposób zastosowania normy.
Dziecko, które dopiero uczy się elastycznego myślenia, może rozumieć zasadę, lecz nie potrafić zaakceptować wyjątku.
To ważna różnica.
Nie musi oznaczać złej woli.
Może oznaczać trudność, nad którą trzeba pracować.
Dziecko nie potrafi powiedzieć, co naprawdę czuje
Szczególnie wartościowy jest fragment dotyczący trudności z wyrażaniem myśli i emocji.
Greene opisuje dzieci, które nie potrafią odpowiednio nazwać tego, co się z nimi dzieje.
Czują złość, ale nie potrafią wyjaśnić jej przyczyny.
Odczuwają frustrację, ale nie umieją powiedzieć, czego potrzebują.
Nie potrafią poprosić o pomoc.
Nie wiedzą, jak rozpocząć rozmowę.
Zamiast słów pojawia się krzyk, płacz albo agresja.
Autor przedstawia przykład Gusa, który uderzył kolegę po konflikcie o zabawki.
Dorosły pomaga mu przeanalizować sytuację.
Okazuje się, że chłopiec nie potrafił skutecznie powiedzieć drugiemu dziecku, czego oczekuje.
Wiedział, że bicie jest niewłaściwe.
Nie wiedział jednak, jak inaczej rozwiązać problem.
To bardzo ważne rozróżnienie.
Sama świadomość, że czegoś nie wolno robić, nie oznacza jeszcze umiejętności poradzenia sobie w trudnej sytuacji.
Możemy sto razy powtórzyć dziecku, że nie wolno bić.
Ale jeśli nie nauczymy go, jak prosić o pomoc, negocjować, odmawiać i wyrażać frustrację, możemy nie osiągnąć oczekiwanego rezultatu.
Nie oznacza to rezygnacji z konsekwencji.
Oznacza konieczność uczenia zachowań zastępczych.
Czy trudne dziecko naprawdę manipuluje?
To jeden z najbardziej prowokujących fragmentów książki.
Greene podważa popularne przekonania, zgodnie z którymi dzieci sprawiające trudności wychowawcze przede wszystkim manipulują dorosłymi, chcą zwracać na siebie uwagę, są leniwe albo celowo podejmują złe decyzje.
Autor proponuje inną perspektywę.
Zachowanie, które interpretujemy jako manipulację, może wynikać z braku umiejętności przewidywania, planowania, regulowania emocji czy rozwiązywania problemów.
Przyznam, że nie jestem jeszcze gotów przyjąć tej tezy bez zastrzeżeń.
Dzieci potrafią przecież uczyć się, które zachowania przynoszą im korzyści.
Jeżeli krzyk wielokrotnie prowadzi do otrzymania telefonu, dziecko może zacząć wykorzystywać tę zależność.
Ale czy oznacza to świadomą, wyrachowaną manipulację w dorosłym rozumieniu tego słowa?
Niekoniecznie.
I właśnie tutaj dostrzegam wartość podejścia Greene’a.
Zamiast przypisywać dziecku złe intencje, proponuje sprawdzić, czego mu brakuje, aby mogło zachować się inaczej.
To nie wyklucza konsekwencji ani granic.
Pozwala jednak uniknąć pochopnego oceniania charakteru dziecka.
Dwadzieścia obszarów trudności, które warto rozpoznać
W trzecim rozdziale autor przedstawia szeroki katalog umiejętności, których niedostateczny rozwój może utrudniać codzienne funkcjonowanie.
Szczególnie istotne wydają mi się następujące obszary:
Trudności z przechodzeniem od jednej czynności do drugiej.
Niska tolerancja frustracji i gwałtowne reakcje emocjonalne.
Problemy z przewidywaniem konsekwencji własnych działań.
Trudności z wyborem rozwiązania i zmianą wcześniejszej decyzji.
Myślenie czarno-białe i brak elastyczności.
Problemy z koncentracją i wykonywaniem zadań w określonej kolejności.
Trudności z wyrażaniem emocji, potrzeb i oczekiwań.
Problemy z rozumieniem perspektywy innych ludzi.
Nadmierna wrażliwość na zmiany planów i niepewność.
Trudności z kontrolowaniem impulsów oraz reagowaniem na stres.
To nie jest lista diagnoz.
To obszary, którym warto przyjrzeć się, próbując zrozumieć zachowanie dziecka.
Nie każde dziecko z trudnościami emocjonalnymi ma zaburzenie psychiczne.
Nie każdy wybuch złości oznacza ADHD, autyzm czy inne rozpoznanie kliniczne.
Z drugiej strony poważnych i powtarzających się trudności nie należy bagatelizować.
Jeżeli dziecko regularnie staje się agresywne, krzywdzi innych lub nie radzi sobie z codziennymi wymaganiami, potrzebna może być profesjonalna ocena.
Nierozwiązane problemy zamiast kolejnych kar
Najważniejszy praktyczny wniosek z trzeciego rozdziału dotyczy identyfikowania nierozwiązanych problemów.
Greene zachęca, aby nie koncentrować się wyłącznie na zachowaniu dziecka.
Zamiast mówić:
„Moja córka jest agresywna”.
Warto spróbować określić:
„Moja córka najczęściej reaguje agresją, kiedy musi zakończyć korzystanie z telefonu”.
Zamiast:
„Mój syn jest nieposłuszny”.
Można powiedzieć:
„Mój syn ma trudność z rozpoczęciem odrabiania lekcji po powrocie ze szkoły”.
To zmienia sposób myślenia.
Pierwsze sformułowanie jest oceną dziecka.
Drugie opisuje konkretną sytuację, nad którą można pracować.
A kiedy wiemy, w jakich okolicznościach pojawia się problem, możemy wcześniej przygotować rozwiązanie.
Nie musimy czekać na kolejną awanturę.
A co z rodzicami?
Tutaj chciałbym zatrzymać się na dłużej.
Greene słusznie zwraca uwagę na trudności dzieci.
Ale rodzice również mają swoje granice.
Matka, która codziennie doświadcza krzyku i agresji, może być skrajnie wyczerpana.
Ojciec, który wielokrotnie próbuje spokojnie rozmawiać, może w końcu stracić cierpliwość.
Rodzeństwo może zacząć bać się kolejnych wybuchów.
Nie wolno o tym zapominać.
Pomoc dziecku nie może oznaczać, że cała rodzina ma bez końca znosić zachowania naruszające jej bezpieczeństwo.
Rozumienie przyczyn agresji nie oznacza jej akceptowania.
Rodzic ma prawo powiedzieć:
„Rozumiem, że jesteś zły. Nie pozwolę ci mnie uderzyć”.
Ma prawo przerwać rozmowę, kiedy sytuacja staje się niebezpieczna.
Ma prawo zadbać o własne zdrowie i spokój.
Wspólne rozwiązywanie problemów powinno odbywać się wtedy, gdy uczestnicy są w stanie rozmawiać, a nie w samym środku gwałtownego wybuchu.
I to jest dla mnie niezwykle ważne.
Najtrudniejszy rozdział może dotyczyć dorosłych
Pod koniec trzeciego rozdziału Greene przypomina, że dorośli również muszą przyjrzeć się własnym reakcjom.
To niewygodna myśl.
Łatwo dostrzegać impulsywność dziecka.
Trudniej przyznać, że samemu czasami reaguje się zbyt gwałtownie.
Łatwo wymagać cierpliwości.
Trudniej zachować ją po dziesiątej awanturze tego samego dnia.
Łatwo mówić o szacunku.
Trudniej słuchać dziecka, które po raz kolejny podważa naszą decyzję.
Ale być może właśnie dlatego wychowanie wymaga pracy obu stron.
Nie tylko dziecko musi uczyć się radzenia sobie z frustracją.
Dorosły również powinien rozwijać umiejętność spokojnego reagowania, jasnego komunikowania oczekiwań i przewidywania trudnych sytuacji.
Nie chodzi o obwinianie rodziców.
Chodzi o szukanie rozwiązań.
Co mnie przekonuje, a co nadal budzi wątpliwości?
Po trzech rozdziałach książki widzę coraz wyraźniej, że Greene proponuje coś więcej niż kolejny poradnik o cierpliwości.
Jego podejście opiera się na konkretnym założeniu: trudne zachowania często pojawiają się wtedy, gdy wymagania sytuacji przekraczają aktualne możliwości dziecka.
To pozwala inaczej spojrzeć na wiele rodzinnych konfliktów.
Przekonuje mnie szczególnie nacisk na rozpoznawanie powtarzających się sytuacji kryzysowych i zapobieganie im.
Przekonuje mnie również potrzeba uczenia dzieci umiejętności, których im brakuje.
Nadal jednak mam pytania.
Jak postępować, kiedy dziecko odmawia współpracy?
Co zrobić, kiedy wszystkie ustalenia są jasne, a mimo to nie są przestrzegane?
Jak odróżnić rzeczywistą trudność od zachowania, które zostało utrwalone przez wcześniejsze ustępstwa dorosłych?
I jak chronić pozostałych członków rodziny, kiedy jedno dziecko przeżywa gwałtowne emocje?
Mam nadzieję, że kolejne rozdziały przyniosą odpowiedzi.
Moja refleksja po trzecim rozdziale
Gdybym miał dzisiaj wskazać najważniejszą myśl z dotychczasowej lektury, powiedziałbym:
Zamiast zastanawiać się wyłącznie, jak powstrzymać kolejną awanturę, spróbujmy zrozumieć, dlaczego dochodzi do niej właśnie w tej sytuacji.
A potem zastanówmy się, co możemy zmienić, zanim problem się powtórzy.
Może wystarczy wcześniej zapowiedzieć zmianę planów.
Może trzeba ustalić konkretną godzinę.
Może dziecko potrzebuje pomocy w wyrażeniu tego, czego nie potrafi powiedzieć.
Może konieczne jest nauczenie go innego sposobu reagowania.
A czasami potrzebna będzie pomoc specjalisty.
Jedno wydaje mi się coraz bardziej oczywiste.
Nie wychowamy samodzielnych, odpowiedzialnych ludzi, jeżeli każdą próbę wyrażenia odmiennego zdania będziemy traktować jak bunt.
Ale nie nauczymy ich również szacunku, jeżeli pozwolimy, aby krzyk zastępował rozmowę.
Dziecko ma prawo bronić swoich racji. Rodzic ma obowiązek wyznaczać granice. A obie strony powinny uczyć się rozwiązywania problemów bez przemocy.
I może właśnie od tego powinna zaczynać się prawdziwa edukacja emocjonalna.
Zapraszam do dyskusji
Czy zdarzyło Wam się zauważyć, że dziecko wybucha zawsze w podobnych sytuacjach?
Czy potrafiliście zapobiec awanturze dzięki wcześniejszej rozmowie lub zmianie sposobu komunikacji?
Czy zgadzacie się z Greene’em, że trudne zachowania często wynikają z brakujących umiejętności, a nie ze złej woli?
A może uważacie, że współczesne podejście do wychowania zbyt często usprawiedliwia nieposłuszeństwo?
Podzielcie się swoimi doświadczeniami. Szczególnie interesują mnie opinie rodziców, nauczycieli, pedagogów i psychologów.
W kolejnej części przyjrzę się praktycznym sposobom identyfikowania nierozwiązanych problemów i sprawdzę, jak Greene proponuje przejść od teorii do codziennego życia rodzinnego.
Ciąg dalszy nastąpi.
BOOKS WHEN I READ — cykl „Rodzicielstwo i edukacja bez lukru”
Recenzja cząstkowa nr 2 – wersja rozszerzona, obejmująca rozdziały 2–3. Przedstawione interpretacje i oceny są refleksjami recenzenta, nie dosłownymi wypowiedziami autora książki.
#BooksWhenIRead #RossGreene #TrudneEmocjeUDzieci #Rodzicielstwo #PsychologiaDziecka #Wychowanie #Edukacja #RelacjeRodzinne #RecenzjeKsiążek

Komentarze
Prześlij komentarz