Przestań opisywać dziecko.












 BOOKS WHEN I READ | RODZICIELSTWO I EDUKACJA | RECENZJA CZĄSTKOWA NR 3

NIE POTRAFIĘ JEJ POLUBIĆ

Część 3. Przestań opisywać dziecko. Zacznij nazywać jego trudności.

Ross W. Greene – „Trudne emocje u dzieci. Jak wspólnie rozwiązywać problemy w domu i w szkole”

„Moje dziecko ciągle krzyczy, płacze i nie słucha”.

I co właściwie wynika z takiego opisu?

Czy wiemy, kiedy dziecko traci panowanie nad sobą? Z jakim wymaganiem nie potrafi sobie poradzić? W jakich sytuacjach najczęściej dochodzi do konfliktu? Co dokładnie sprawia mu trudność?

Nie wiemy prawie niczego.

Po przeczytaniu kolejnego fragmentu książki doktora Rossa W. Greene’a dochodzę do wniosku, że jednym z największych problemów współczesnego rodzicielstwa może być nie tylko sposób reagowania na zachowanie dzieci, lecz również sposób, w jaki dorośli o tych zachowaniach mówią.

Rodzice bardzo często opisują to, co dziecko robi, zamiast określić, z czym dziecko ma trudność.

I właśnie temu poświęcam trzecią część mojego cyklu recenzji na blogu Books When I Read.

„Krzyczy i płacze” to nie jest opis problemu

Wyobraźmy sobie matkę, która przychodzi do psychologa i mówi:

„Moja córka jest niegrzeczna. Krzyczy, płacze, rzuca przedmiotami i nie wykonuje poleceń”.

Co właściwie przekazała specjaliście?

Opisała zachowania.

Nie powiedziała jednak, w jakich okolicznościach występują, czego dotyczą ani jakie wymagania poprzedzają konflikt.

Greene proponuje coś znacznie bardziej użytecznego.

Zamiast:

„Moja córka krzyczy i płacze, kiedy musi wyjść do szkoły”.

Można powiedzieć:

„Moja córka ma trudność z wychodzeniem rano z domu o ustalonej godzinie”.

Zamiast:

„Syn urządza awanturę, kiedy każę mu odrabiać lekcje”.

Lepiej:

„Mój syn ma trudność z rozpoczynaniem pracy domowej z matematyki po powrocie ze szkoły”.

Zamiast:

„Córka jest nieznośna podczas rodzinnych posiłków”.

Precyzyjniej:

„Moja córka ma trudność ze wspólnym jedzeniem śniadania przy stole”.

Czy widzicie różnicę?

Pierwsze zdania skupiają uwagę na zachowaniu dziecka. Drugie wskazują sytuację, którą można przeanalizować i spróbować zmienić.

To nie jest jedynie zabieg językowy.

To zmiana sposobu myślenia o wychowaniu.

Jedno słowo, które może zmienić rozmowę

Greene zaleca, aby opis nierozwiązanego problemu, jeśli to możliwe, rozpoczynać od słowa „trudność”.

Dlaczego?

Ponieważ jest to określenie neutralne.

Nie oskarża dziecka.

Nie przypisuje mu złych intencji.

Nie sugeruje, że jest leniwe, złośliwe, agresywne albo nieposłuszne z natury.

Pozwala natomiast wskazać obszar wymagający uwagi.

Dla mnie jest to niezwykle istotne.

W drugiej części recenzji pisałem o precyzji komunikacji. Przypomniałem egzamin z prawoznawstwa, podczas którego brak przecinka mógł zaważyć na ocenie odpowiedzi.

Teraz Greene idzie jeszcze dalej.

Pokazuje, że czasami jedno słowo może całkowicie zmienić sposób postrzegania dziecka.

Porównajmy dwa komunikaty:

„Jennifer jest agresywna”.

„Jennifer ma trudność z wyłączeniem telewizora i położeniem się spać”.

Pierwszy może prowadzić do przypisania dziewczynce trwałej cechy charakteru.

Drugi kieruje uwagę na konkretną sytuację.

I właśnie drugi daje nam punkt wyjścia do rozmowy.

Rodzice, nie zakładajcie, że znacie przyczynę

To kolejna wskazówka Greene’a, którą uważam za wyjątkowo wartościową.

Dorośli bardzo lubią wyjaśniać zachowanie dzieci.

„Nie chce odrabiać lekcji, bo jest leniwy”.

„Nie chce iść do szkoły, bo woli siedzieć w domu”.

„Nie chce się ubrać, bo robi mi na złość”.

„Krzyczy, bo chce postawić na swoim”.

Tylko skąd właściwie wiemy, że tak jest?

Czy zapytaliśmy dziecko?

Czy sprawdziliśmy, co konkretnie stanowi dla niego przeszkodę?

Czy nie pomyliliśmy własnej interpretacji z faktem?

Greene przestrzega przed umieszczaniem przypuszczalnych przyczyn w opisie nierozwiązanego problemu.

Nie piszmy więc:

„Trudność z pisaniem wypracowań, bo nie lubi polskiego”.

Napiszmy:

„Trudność z rozpoczynaniem pisania wypracowań z języka polskiego”.

To pozornie drobna różnica.

Ale pierwsze sformułowanie zawiera już gotową teorię.

Drugie pozostawia przestrzeń na poznanie rzeczywistych trudności.

Może dziecko nie wie, jak rozpocząć tekst.

Może ma problem z uporządkowaniem myśli.

Może nie rozumie polecenia.

Może obawia się oceny.

A może rzeczywiście nie lubi przedmiotu.

Dopóki nie porozmawiamy z dzieckiem, nie powinniśmy przedstawiać naszych przypuszczeń jako pewników.

I tutaj wracam do mojego szacunku dla dzieci, które bronią własnego zdania.

Jeżeli chcemy, aby dziecko nauczyło się argumentować, musimy najpierw dać mu możliwość przedstawienia własnej perspektywy.

Trzy wskazówki, które powinien poznać każdy rodzic

W analizowanym fragmencie Greene formułuje kilka zasad opisywania nierozwiązanych problemów. Trzy z nich szczególnie zwróciły moją uwagę.

Po pierwsze: używaj słowa „trudność”.

Nie oceniaj dziecka. Nazwij sytuację, z którą sobie nie radzi.

Po drugie: trzymaj się konkretów.

Nie pisz „problemy z lekcjami”, jeżeli trudność dotyczy wyłącznie zadań tekstowych z matematyki.

Nie pisz „problemy z ubieraniem”, jeżeli dziecko nie potrafi zaakceptować konkretnego stroju przygotowanego na następny dzień.

Im dokładniej określimy sytuację, tym łatwiej będzie ją zrozumieć.

Po trzecie: unikaj gotowych wyjaśnień i rozwiązań.

To chyba najtrudniejsze.

Rodzice bardzo często chcą natychmiast wiedzieć, co zrobić.

Jaką karę zastosować?

Jaką nagrodę zaproponować?

Jak zmusić dziecko do wykonania polecenia?

Tymczasem Greene sugeruje, aby najpierw dokładnie określić problem.

Nie rozwiążemy skutecznie czegoś, czego jeszcze nie rozumiemy.

Jennifer. Dziewczynka, którą wszyscy próbowali naprawić

Wracamy do historii Jennifer, Debbie i Kevina.

To właśnie ich doświadczenia stanowią jeden z najbardziej poruszających elementów książki.

Rodzice przez lata szukali pomocy.

Korzystali z różnych metod wychowawczych, konsultacji i interwencji specjalistycznych.

A jednak problemy nie ustępowały.

W analizowanym fragmencie Debbie i Kevin zaczynają pracować nad rozpoznaniem konkretnych trudności córki.

Okazuje się, że Jennifer ma ich bardzo wiele.

Dotyczą między innymi akceptowania zmian, przewidywania skutków własnych działań, radzenia sobie z frustracją, elastycznego myślenia oraz rozumienia perspektywy innych osób.

Ale dopiero kolejny etap okazuje się naprawdę interesujący.

Rodzice zaczynają określać sytuacje, w których te trudności ujawniają się w codziennym życiu.

Wśród nich znajdują się wspólne śniadania, wybór ubrań, wyłączanie telewizora przed snem, rodzinne spacery czy wizyty u babci.

Nagle zamiast ogólnego obrazu „nieznośnej dziewczynki” otrzymujemy zbiór konkretnych problemów.

I tutaj nasuwa mi się pytanie.

Ile rodzin przez lata próbuje zmienić charakter dziecka, zamiast przyjrzeć się kilkunastu powtarzającym się sytuacjom?

Oczywiście nie wszystkie problemy Jennifer da się rozwiązać prostą rozmową.

Ale ich dokładne nazwanie pozwala przynajmniej ustalić, nad czym trzeba pracować.

To znacznie więcej niż kolejne stwierdzenie, że dziewczynka źle się zachowuje.

Frankie. Czy można karać dziecko przez lata, nie rozumiejąc jego trudności?

Druga historia poruszyła mnie jeszcze mocniej.

Frankie jest chłopcem, którego zachowanie w szkole sprawia ogromne trudności.

Dochodzi do konfliktów, wybuchów złości, obrażania nauczycieli i kolejnych zawieszeń.

Jego matka, Sandra, jest wyczerpana.

Próbuje pomagać synowi, ale coraz częściej odnosi wrażenie, że wszystkie działania kończą się niepowodzeniem.

Chłopiec korzysta z programu nauczania dostosowanego do swoich potrzeb.

Mimo to kolejne konflikty nie ustają.

Sandra zaczyna zastanawiać się, czy problem nie leży w samym dziecku.

Czy nie jest po prostu złośliwe?

Czy nie próbuje celowo doprowadzać dorosłych do granic wytrzymałości?

I wtedy pojawia się rozmowa z Debbie, która zwraca jej uwagę na potrzebę rozpoznania nierozwiązanych problemów.

Nie wystarczy powiedzieć:

„Frankie ciągle krzyczy”.

Trzeba zapytać:

Kiedy dokładnie?

W jakich sytuacjach?

Co dzieje się bezpośrednio przed wybuchem?

Sandra zaczyna analizować zachowanie syna.

Okazuje się, że Frankie ma między innymi trudność ze ściszaniem muzyki, gdy ktoś go o to prosi, oraz ze słuchaniem muzyki na poziomie głośności akceptowanym przez innych domowników.

To już konkret.

Można rozmawiać o określonym wymaganiu.

Można zapytać chłopca, co jest dla niego trudne.

Można poszukiwać rozwiązania, które uwzględni również potrzeby innych osób.

I tutaj nasuwa mi się niewygodna refleksja.

Czy nie zdarza się, że szkoła i rodzice przez lata koncentrują się na karaniu zachowań, których źródła nigdy dokładnie nie rozpoznali?

Nie twierdzę, że kary nigdy nie są potrzebne.

Ale jeśli dziecko wielokrotnie doświadcza tych samych konsekwencji, a zachowanie się nie zmienia, warto zastanowić się, czy obrana metoda rzeczywiście pomaga.

Dlaczego tak trudno nam zrezygnować z gotowych rozwiązań?

To chyba najbardziej konfrontacyjna część mojej dzisiejszej refleksji.

Rodzice często oczekują od psychologa gotowej recepty.

„Proszę powiedzieć, co mam zrobić, żeby syn zaczął mnie słuchać”.

„Jaką konsekwencję zastosować, kiedy córka odmawia wykonania polecenia?”.

„Jak sprawić, żeby dziecko przestało protestować?”.

Rozumiem te pytania.

Rodzic, który od miesięcy żyje w napięciu, potrzebuje pomocy.

Ale czy można skutecznie rozwiązać problem bez poznania jego przyczyn?

Greene zwraca uwagę, że dorośli często narzucają dzieciom rozwiązania, zanim wysłuchają ich perspektywy.

A przecież wspólne rozwiązywanie problemów wymaga czegoś więcej niż ogłoszenia decyzji.

Wymaga rozmowy.

Wymaga zrozumienia trudności dziecka.

Wymaga również jasnego przedstawienia potrzeb rodzica.

I dopiero wtedy można szukać rozwiązania.

Nie oznacza to oddania dziecku całej władzy.

Oznacza traktowanie go jak uczestnika procesu, a nie wyłącznie wykonawcę poleceń.

Szacunek dla dziecka zaczyna się od wysłuchania go

W poprzednich częściach recenzji pisałem, że mam szacunek do dzieci, które potrafią bronić własnych racji.

Podtrzymuję to stanowisko.

Nie uważam, że dziecko powinno bezrefleksyjnie podporządkowywać się każdej decyzji dorosłego.

Ale nie uważam również, że może narzucać rodzinie swoją wolę krzykiem, agresją czy szantażem emocjonalnym.

Wychowanie powinno uczyć odpowiedzialnego korzystania z własnych praw.

A to wymaga również poznania praw innych ludzi.

Rodzic ma prawo do odpoczynku.

Rodzeństwo ma prawo do spokojnej zabawy.

Nauczyciel ma prawo prowadzić lekcję.

Dziecko ma prawo do wysłuchania i pomocy w rozwijaniu umiejętności, których mu brakuje.

Te prawa nie muszą się wzajemnie wykluczać.

Ale nie pogodzimy ich, jeśli jedynym sposobem rozwiązywania konfliktów będzie narzucanie gotowych decyzji.

Cztery zasady, które zabieram z tej części lektury

Po przeczytaniu kolejnych stron książki Greene’a formułuję dla siebie cztery praktyczne wnioski.

1. Nie oceniaj dziecka jednym przymiotnikiem. „Niegrzeczny”, „leniwy” czy „złośliwy” nie wyjaśniają, z jakim problemem się mierzy.

2. Opisuj konkretną trudność. Wskaż sytuację, zadanie lub wymaganie, przy którym pojawia się konflikt.

3. Nie dopisuj własnych teorii jako faktów. Zanim uznasz, że dziecko czegoś nie chce, sprawdź, czy rzeczywiście potrafi to zrobić.

4. Nie zaczynaj od gotowego rozwiązania. Najpierw wysłuchaj dziecka i poznaj jego perspektywę.

Wydają się proste.

Ale mam wrażenie, że dla wielu dorosłych mogą okazać się trudniejsze niż egzekwowanie kolejnych zakazów.

Moja ocena po trzeciej części lektury

Coraz bardziej przekonuje mnie sposób, w jaki Greene przesuwa uwagę z oceniania dziecka na analizowanie konkretnych sytuacji.

Nie oznacza to, że przyjmuję wszystkie jego założenia bez zastrzeżeń.

Nadal zastanawiam się, jak postępować z dzieckiem, które zna zasady, rozumie oczekiwania, a mimo to świadomie je narusza.

Interesuje mnie również, jak autor zamierza pogodzić potrzeby dziecka z prawem rodziców i rodzeństwa do bezpieczeństwa oraz spokojnego życia.

Ale jedno już teraz uważam za szczególnie wartościowe.

Zanim nazwiemy dziecko trudnym, powinniśmy potrafić nazwać jego trudność.

To nie jest to samo.

Dziecko nie jest problemem do usunięcia.

Problemem może być konkretna sytuacja, wymaganie albo brak umiejętności potrzebnej do poradzenia sobie z codziennym wyzwaniem.

I właśnie od tego rozróżnienia warto zacząć.

Rodzice, mam do Was kilka niewygodnych pytań

Czy potraficie wskazać trzy konkretne sytuacje, w których Wasze dziecko najczęściej traci panowanie nad sobą?

Czy wiecie, co dokładnie sprawia mu trudność?

Czy kiedykolwiek zapytaliście dziecko o jego własne wyjaśnienie, zanim zdecydowaliście, jak rozwiązać problem?

A może częściej mówicie „on jest niegrzeczny” albo „ona manipuluje”, niż próbujecie ustalić, co rzeczywiście dzieje się w określonych sytuacjach?

Czy jesteście gotowi zmienić sposób rozmowy z dzieckiem, zanim zaczniecie wymagać zmiany jego zachowania?

Zapraszam do dyskusji rodziców, nauczycieli, pedagogów i psychologów.

W kolejnej części recenzji będę nadal analizował praktyczne zastosowanie podejścia Greene’a, zwłaszcza to, jak rozpoznane trudności przełożyć na rzeczywistą współpracę z dzieckiem.

Ciąg dalszy nastąpi.

BOOKS WHEN I READ — „Rodzicielstwo i edukacja bez lukru”

Recenzja cząstkowa nr 3. Na podstawie udostępnionych fragmentów książki Rossa W. Greene’a „Trudne emocje u dzieci”, dotyczących identyfikowania nierozwiązanych problemów oraz historii Jennifer i Frankiego. Ocena końcowa po zakończeniu lektury.

#BooksWhenIRead #RossGreene #TrudneEmocjeUDzieci #Rodzicielstwo #PsychologiaDziecka #WychowanieDzieci #Edukacja #RelacjeRodzinne #ŚwiadomeRodzicielstwo #RecenzjeKsiążek

Komentarze